Złote Liceum 2019 - Perspektywy

ZIARNO PRAWDY reż. Borys Lankosz

Zygmunt Miłoszewski jest polskim powieściopisarzem kryminalnym. To właśnie na podstawie jego „Ziarna prawdy”, czyli drugiej części trylogii o prokuratorze Szackim, powstał film o tym samym tytule. Po adaptacji poprzedniej części „Uwikłanie”, a raczej, należałoby rzec, porażce, tym razem sam Miłoszewski był współautorem scenariusza wraz z Borysem Lankoszem przez co efekt końcowy jest piorunujący.

Dzięki genialnej obsadzie, pierwszorzędnej grze aktorskiej i współpracy dwóch wspomnianych dżentelmenów możemy zobaczyć, na jakim poziomie jest polskie kino. Niech świat zobaczy, że mamy coś więcej aniżeli klasyki kryminału w rodzaju: „07 zgłoś się”(1976-87) czy kicze pełną gębą typu Kac Wawa (2012).

Główny bohater, czyli arogancki, mizoginiczny prokurator-seksista niemający pojęcia o mieście, w którym się znalazł, ma do rozwiązania zagadkę morderstwa o charakterze „ortodoksyjnego mordu rytualnego po żydowsku”. Wraz z rozwojem akcji rośnie liczba trupów, ponieważ główni podejrzani giną w równie niesmacznym stylu. Zbrodnie dzieją się w Sandomierzu, mieście, którego początki osadnictwa Żydów sięgają jeszcze XIII wieku. A w XXI wieku rodem ze wszystkich legend i mitów, okazuje się, że historia powraca ze zdwojoną siłą, rozdrapując dawne rany. Wracają czarty powojennej mentalności ludzkiej, niezgrabnie odkopując spory polsko-żydowskie. Przez większą część filmu akcja sprytnie manipuluje widzem, niczym Psycho Hitchcocka. Każdy nowo poznany bohater staje się podejrzanym, a odbiorca ogląda ze świadomością, że to kolejna antysemicka kombinacja.

 

Jest wręcz przeciwnie.

 

Miłoszewski i Lankosz pokazują, jak współcześni ludzie dłubią w historii, balansując między tym, co mieści się w granicach dobrego gustu, a tym, co uwłacza ludzkiej godności. Demonstrują, w jaki sposób świat wmawia całej reszcie, że wyssaliśmy antysemityzm wraz z mlekiem matki.

Mówiąc o tym filmie, nie możemy zapomnieć o jego klimacie i manierze w przedstawianiu przestrzeni. Zamglone oblicze Sandomierza, które w perspektywie obiektywu Łukasza Bielana, ze sławnego, pocztówkowego miasta staje się groteskowym zaułkiem skrytym w mroku. A w nim Szacki - Więckiewicz jako samiec alfa, który tak naprawdę oprócz życia zawodowego przepełnionego cynizmem, powstrzymanymi pokusami i niespełnionymi ambicjami, nie ma nic. Są jeszcze: Trela, Pieczyński, Walach wraz z kreacjami, które tworzą: wyrazistymi, charakterystycznymi, tajemniczymi. Właśnie te składniki płynnie budują napięcie, które zostaje co jakiś czas nieco rozładowane przez dość niestosowne żarty. Widz odpręża się na chwilę, po czym dramaturgia znów wciąga go w swoje sidła. Dzięki kilku mocnym scenom i szybkiemu rozwojowi akcji film nie jest nudny, a miewa po prostu przestoje…

 

… na korzyść gapiów i ich prawidłowej pracy serca.

 

Uważam, że film godny polecenia. Warto zobaczyć, że mocne, polskie kino nie zatrzymało się na latach 80., a dalej próbuje się wybić spod wszechobecnej tandety. Niestety, szkoda, że większość Polaków nawet nie zerknie w tę stronę z przyczyn wyginięcia naturalnej potrzeby sięgnięcia po coś bardziej ambitnego, niż „Wyjazd integracyjny” (2011).

 

Joanna Kowalska, kl. Ia LOTS